Ptaki, jajka, orła cień, czyli recenzja "Na Skrzydłach".

Oto cudeńko, które w pierwszym nakładzie rozeszło się już w przedsprzedaży, a po dodruku (który nie kazał na siebie długo czekać!), jak trafiło na nasz stół... już z niego nie schodzi (co mogliście zaobserwować na naszym Instagramie)! Zapraszam do recenzji!

Informacje/Pierwsze Wrażenia:

Na Skrzydłach to karciana gra familijna, dla 1-5 osób, w wieku co najmniej 10 lat. Od razu rzuca się w oczy okładka, ładna, stonowana, pastelowa- prezentująca piękny okaz Tyrana Różanego (no, lepszej zbitki słów dawno nie słyszałem!). Zajrzyjmy pod wieczko...

Tutaj również panują stonowane barwy. Ciut nierealne, ale dające wrażenie spokoju (bo i gra o wybuchu wulkanu nie opowiada 😉). Co znajdziemy w środku? Karmnik (do złożenia przed pierwszą rozgrywką) do rzucania dużych drewnianych kostek, podajnik pełen kolorowych kart, planszetki graczy, żetony jedzenia i (robiące ogromną furorę) jajeczka. W rozgrywkę wprowadza nas wydrukowana na specyficznym papierze instrukcja... Jest całkiem klarowna i proponuje od razu zasiąść do gry, a zasady szczegółowe doczytać później. No to ruszamy!

Zasady:

Wcielamy się w zarządców rezerwatu przyrody. Naszym zadaniem będzie takie kierowanie ogrodem, by olśniewał bioróżnorodnością i dał schronienie największej liczbie ptaków. Tyle, jeśli chodzi o fluff.... bo celem gry Na Skrzydłach jest zgromadzenie największej ilości punktów. Otrzymamy je za karty ptaków, jaja, bonusy oraz cele.

Rozpoczynając rozgrywkę, talie przetasowujemy, a karmnik ustawiamy w miejscu dostępnym dla wszystkich i wrzucamy do niego drewniane kostki. Planszę celów wraz z wylosowanymi żetonami punktacji umieszczamy na środku. Następnie każdy z uczestników otrzymuje planszetkę, kostki akcji, 5 różnych żetonów pożywienia, 5 kart ptaków i 2 karty bonusowe. Zadanie polega na zdecydowaniu, z którymi kartami i zapasami wejdziemy do gry (płacąc za każdego ptaka 1 dowolnym pożywieniem), oraz za jaki bonus zapunktujemy na koniec (drugi jest odrzucany). Możemy rozpoczynać!

Na Skrzydłach to tak w wielkim uproszczeniu worker placement. Plansza gracza podzielona jest na cztery obszary. Górny pozwala zagrać kartę. Umieszczamy kostkę akcji na pierwszym wolnym miejscu od lewej (ewentualnie odrzucając jaja) i wybieramy ptaka z ręki. Opłacamy jego koszt w jedzeniu (jeśli taki jest) i przydzielamy go na pierwsze wolne od lewej miejsce w odpowiednim środowisku (las, łąka, moczary). Trzy kolejne pola akcji działają na tej samej zasadzie i są jednocześnie "środowiskami", w których mieszkają nasze ptaszki. Umieszczamy kostkę akcji na najbliższym lewym (wolnym!) polu odpowiedniego "wiersza" i podejmujemy się wykonania stosownej czynności. Las pozwala zdobywać pożywienie z karmnika, na łące możemy składać jaja, a moczary odpowiedzialne są za dobór kart. Bajer Na Skrzydłach polega na tym, że po wykonaniu akcji, a przed zakończeniem tury, należy "wrócić" kostką akcji na początek odpowiedniego wiersza... po drodze rozpatrując "bonusy/akcje/zdolności" umieszczonych tam ptaków!

Całość gry trwa cztery duże rundy. Pod koniec każdej, gdy wszyscy zużyją wszystkie kostki akcji, należy rozpatrzyć punktowanie za cel. Zadania są różne, od liczebności samych ptaków w rezerwacie, po największą liczbę jaj na łąkach, czy w konkretnym rodzaju gniazd. Miejsca przyznawane są na bieżąco i odznaczane kostką akcji. Co znaczy, że z każdym podliczeniem mamy krótsze, ale i bardziej treściwe rundy (mniej kostek akcji, ale więcej kart ptaków). Na koniec dodajemy jeszcze bonusy z kart wybranych na początku (ewentualnie zdobytych w trakcie gry) i wyznaczamy zwycięzcę.

Wrażenia:

Dawno nie trafiliśmy na tytuł, który był w naszym towarzystwie tak katowany. Raczej wyznajemy zasadę, żeby podchodzić do grania różnorodnie- co by się nie zastać. Czasem rozegramy strategię, czasem coś suchego, trochę przygody, raz na kartach, raz na planszy, zmieniając poziom trudności. Ot, tak. By urozmaicać. Gdy Na Skrzydłach wróciło na sklepowe półki, odkopaliśmy nasz egzemplarz i rozpoczął się szał! Praktycznie co wieczór lądowała na naszym stole. Skąd taki nagły zachwyt? Czegoś nie dostrzegliśmy za pierwszym razem? Zbieg okoliczności? Faktycznie tak niesamowita pozycja? Ciężko powiedzieć, co wpłynęło na taką eksploatację- ale właśnie przy tej okazji napomknę, że polecam grę zakoszulkować! Może i wtedy ledwo się w pojemniczku na karty mieści, ale prawdopodobnie u Was też będzie mocno ogrywana (a koszulkowane karty łatwiej podnieść bez skubania rogów!).

Dlaczego? Bo gra jest świetna. Jak na familijną propozycję- dla mnie jedna z topowych. Ambitna (jednak kilka zasad jest), świetnie wydana (estetyczna!) i oferująca dużo możliwości (regrywalność!), pozostając przy tym tytułem prostym i szybkim w zrozumieniu. Budowanie motorka daje satysfakcję, pozwala przetestować różnorodne strategie (za każdym razem inną), ale przede wszystkim jest dobrą zabawą- a przecież o to się rozchodzi (zwłaszcza przy takiej otoczce i wysokiej jakości wykonania). W Na Skrzydłach nawet głupie wrzucenie kostek do karmnika sprawia frajdę! Jej wygląd- będący niezwykłą zaletą (ale to chyba już wiecie- powtórzyłem to, co najmniej trzy razy)- świetnie nadaje się do "kuszenia" nowicjuszy, a dorzucając do tego edukacyjny charakter (ciekawostki o ptakach, uproszczone zależności między nimi) mamy prawdziwego rodzinnego giganta.

My, jako gracze, również doceniamy zarówno możliwość kombinowania, jak i estetykę. Niestety "wygórowane" oczekiwania i doświadczenie karze mi krytycznym okiem zerknąć na to cudeńko. Wszystko jest tu ładnie posklejane- poszczególne mechaniki, zwłaszcza "pompowanie" akcji, działają i angażują- to prawda. Ale nie da się ukryć- w dużej mierze o wyniku decyduje dociąg kart (losowość), a ostatnie akcje poświęcone będą składaniu jaj. Niby, nic wielkiego- ale jednak możliwość przewidzenia co jest jedynym opłacalnym ruchem, troszeczkę irytuje- zwłaszcza, że nie mam możliwości tego zablokowania. Brakuje mi interakcji między uczestnikami. Nawet głupiego zajęcia pola jak w standardowych worker placementach. Okej- mogę czasem coś od przeciwników dostać (różowe karty), ale to jednak nie to samo... Krytycznym okiem spojrzę też na wykonanie- z kim bym nie grał- każdy ma początkowo problem z czytaniem planszetki. Wszyscy traktują ją jako exelową tabelkę. Wiersz akcji "zagraj kartę"- przenoszą na poniższe pola- co jest oczywiście błędem. Koszt w jajkach odnosi się tylko i wyłącznie do zagrywania kolejnych kart. Nie ma nic wspólnego z pozyskiwaniem pokarmu, czy dobieraniem...- ale to oczywiście dysonans do przeskoczenia.

Klimat? Bardzo bym chciał. Wykonanie robi swoje: cieszy oczy i- na szczęście- nie zagłusza głównej matematyki, ale klimatu nie zbuduje. Operujemy na ptaszkach, zbieramy karty, porównujemy cechy... ale nie powiem, bym czuł się opiekunem rezerwatu. Raczej obchodzą mnie zdolności dające punkty (no, ewentualnie z dziećmi można pogadać o ciekawostkach), bez odzwierciedlenia w tematyce. Ta ma być po prostu uniwersalna i taka jest. Ma zachęcić do rozgrywki całą rodzinę. I babci nie będzie przeszkadzać rezerwat, i dziadek zagra, mama się skusi, a tatuś nie będzie narzekał, że "to nie prawda, i że bajki jakieś". Ot przyjemna otoczka. Klimatem bym tego nie nazwał.

Niektórzy twierdzą, że jest to Terraformacja Marsa w familijnym wydaniu... Trochę nie rozumiem porównania (ja bym zaliczył Na Skrzydłach raczej do oryginalnych tytułów, chociaż na upartego znalazłbym pozycje dużo lepiej pasujące niż Terraformacja....), ale coś w tym jest. Jak się pozna, chce się grać. Jak się gra, mózg paruje. Jak się zagra, chce się więcej. W tym wypadku to właśnie duża zmienność (losowość) zrobiła swoje. Nie ma jednej pewnej zwycięskiej strategii, więc i regrywalność idzie w górę. Co grę poznajemy nowe minicombosy i zależności- czyli sama przyjemność. Z naszym zaawansowaniem wyparła wszystkie fillerki i przez długi czas służyła (jeśli nie służy dalej) jako rozgrzewka przed "większym" tytułem. Samo Na Skrzydłach oczywiście fillerkiem nie jest- partia potrafi potrwać ponad godzinę, a przedłużać się będzie zwłaszcza przy pełnej obstawie. Dla nas najsprawniej gra się przy trójce/czwórce uczestników (wariant solo to jednak pasjans)- i na taki skład Wam ją polecam!

Plusy:

+ estetyczna
+ uniwersalny temat
+ walor edukacyjny
+ wciągające budowanie motorków i szukanie połączeń między kartami
+ familijny charakter (spokojny, pozytywny- bez interakcji negatywnej)
+ wariant solo (pasjans, ale solo więcej od niej nie oczekiwałem)
+ proste zasady

Minusy:

- losowe układy kart mogą drażnić zaawansowanych graczy
- brak klimatu (no może obecny delikatny powiew)
- przy większym składzie trwa dłużej
- dla mnie za spokojna

Wasze ptaszki czekają w AM76 :)

T.

P.S.
Na sam koniec rozprawka filozoficzna. Po premierze gry pojawiły się zarzuty- "dlaczego nie ma polskich ptaków?!"... Kurcze, grę zrobiła amerykanka! To niby co ona o naszych ptakach wie? Pretensje, że Rebel powinien się postarać o wprowadzenie polskich zwierząt, są ciut przesadzone. To trochę tak, jakby się upierać, że przecież Potter powinien odjeżdżać do Hogwartu z Krakowa, a nie Londynu, bo przecież też mamy polską wersję książki. Tam, gdzie tłumaczenia da się wcisnąć, wydawcy je wciskają. Czasem z lepszym skutkiem (Szarlatani z Pasikurowic), czasem z gorszym (Szklana Pułapka). Nigdy nie można ingerować w treść tłumaczenia. Powinniśmy (i jesteśmy!) być Rebelowi wdzięczni za świetną grę, a nie narzekać... Macie kaczkę krzyżówkę- występuje w kraju? Weźcie to za polski akcent.... ALBO WYPATRUJCIE DODATKU! Już niedługo pojawią się Ptaki Europy! 😉

Komentarze